Wstrząsający przykład ludzkiego okrucieństwa.

Informację o dobermanie z opaską zaciskową na ogonie dostaliśmy na #RatujPsa. Miał ją zaciśniętą tak mocno, że wrosła mu w skórę. – Tam są nerwy, kręgosłup. Pies musiał nieprawdopodobnie cierpieć – nie ma wątpliwości weterynarz Bartosz Stawowski. Inspektorzy TOZ nie odebrali jednak psa właścicielom. – Jego życie nie było zagrożone – upierają się.

– Sytuacja strasznie mnie zdenerwowała. Nie mogłam się pogodzić z tym, że pies pozostał w miejscu, gdzie zadano mu tyle bólu i cierpienia! – mówi Joanna Stojecka, która opisała sprawę i oznaczyła, jako #RatujPsa. – Dla mnie to jest znęcanie ze szczególnym okrucieństwem – twierdzi kobieta, która również jest inspektorką TOZ, tyle że w Gnieźnie.

Zostawili tam, gdzie był

W sprawie dobermana interweniowali działacze nowosądeckiego TOZ, a całą historię opisali na stronie internetowej. Warunki, w jakich zastali poranionego psa, były fatalne: zwierzę brodziło we własnych odchodach i miało nieocieploną budę. Mimo to, nie odebrali dobermana właścicielom. „Wstyd, na całą Polskę, wstyd dla TOZ-u” – oburzyli się internauci.

Inspektor TOZ, który interweniował w sprawie psa, upiera się, że pozostawienie go u dotychczasowych właścicieli, to była słuszna decyzja. Przyznaje, że zwierzę cierpiało, ale od razu dodaje, że inspektorzy zawsze „starają się, by emocje nie brały góry nad przestrzeganiem ustawy o ochronie zwierząt”.

– Tutaj nie zachodziła groźba, że dalsze przebywanie w tym domu zagraża życiu lub zdrowiu psa. Ci państwo od razu wsadzili go do samochodu i zawieźli do lekarza weterynarii. Widać też było, że pies jest związany z właścicielami. A jeśli odbieramy psa właścicielom, to on trafia wtedy do schroniska! I to jest też dla niego trauma – mówi inspektor TOZ w Nowym Sączu, Marek Korzarek.

Jego wyjaśnienia nie przekonują Joanny Stojeckiej. – Zdrowie i życie psa było zagrożone. Ja nie dałabym drugiej szansy jego właścicielom – mówi.

„To było celowe działanie”

Wkrótce po interwencji nowosądeckiego TOZ-u sami postanowiliśmy sprawdzić, co dziś dzieje się z psem. Gdy pojechaliśmy na miejsce, doberman był zamknięty w ciemnej komórce. Właścicielka twierdziła, że to wyjątkowo, w związku z naszą wizytą. – Prosimy, nie zabierajcie nam go! – błagała i nawiązała do opaski na psim ogonie: – Myśmy psu tego nie założyli! Niczego mu nie zrobiliśmy! Nie byliśmy świadomi tego, co się dzieje. Może ktoś przez ogrodzenie to zrobił? – mówiła.

Bartosz Stawowski, weterynarz z 14-letnim stażem, nie ma jednak wątpliwości. – Taka rana nie pojawiła się z dnia na dzień! Martwice powstają najkrócej w tydzień, dwa – ripostuje, gdy pokazujemy mu zdjęcia rany na psim ogonie. – To było celowe działanie kogoś, kto chciał ten ogon amputować w niehumanitarny sposób. Tam są nerwy, kręgosłup. Pies musiał nieprawdopodobnie cierpieć – mówi Stawowski.

U właścicieli dobermana zauważyliśmy innego psa, uwiązanego na krótkim łańcuchu. – Ja go zaraz spuszczę – obiecywał właściciel psa. Na prezent od reportera UWAGI!, który wręczył mu smycz, by czasem zabrał psa na spacer, nie zareagował.

Jeśli chcielibyście nas powiadomić podobnym tematem – czekamy na Wasze zgłoszenia. Wystarczy w mediach społecznościowych otagować swój wpis (z publicznymi ustawieniami) #ratujpsa. Monitorujemy sieć pod kątem Waszych alertów i stworzymy kampanię, której celem jest wytłumaczyć świadkom takiego bestialstwa, że zgłoszenie sprawy na policje jest słuszną decyzją. Otrzymujemy doniesienia również od świadków takiego zachowania, którzy nie mogą zdecydować się na to by pójść z tym na policje. 

Jeżeli człowiek wyrządza taką krzywdę zwierzęciu oznacza to, że niezwłocznie powinien udać się do psychiatry. Prosimy o pomoc w nagłaśnianiu sprawy a całą resztą się zajmiemy.