Globalne koncerny mięsne trują bardziej niż naftowi giganci. Sztuczne mięso uratuje klimat?

Branża mięsna należy do największych trucicieli na świecie. Ze względów ekologicznych i zdrowotnych powstaje jednak możliwość produkcji mięsa hodowanego, wykorzystująca serum zwierząt bez potrzeby ich uboju i całkowicie wegańskiego. Problemem może być osiągnięcie odpowiedniej skali działalności i akceptacja konsumentów.

W ciągu roku na całym świecie w celach żywnościowych zabijanych jest około 50 mld zwierząt lądowych. Ich hodowla, przy której zatrudnionych jest ponad miliard ludzi, przyczynia się do emisji 18 procent gazów cieplarnianych wydalanych przez działalność człowieka na całym globie. To więcej niż emitują statki, samoloty, samochody i wszelkie inne środki transportu. Najmniej ekologiczna jest produkcja wołowiny – uzyskanie kilograma takiego mięsa pociąga za sobą zanieczyszczenie atmosfery 26,6 kilogramami dwutlenku węgla, produkcja baraniny generuje prawie 23 kg tej śmiercionośnej dla klimatu substancji, a wieprzowiny 7,9 kilograma.

Produkcja mięsa jest też wysoce nieefektywna – wyprodukowanie jednego kilograma wołowiny wymaga zużycia 25 kilogramów zbóż i 15 tys. litrów wody, a oznacza to, że 30 procent światowych ziem uprawnych wykorzystywanych jest w celach hodowlanych, które pochłaniają 70 procent dostępnej wody pitnej, która dodatkowo zanieczyszczana jest nawozami, hormonami i zwierzęcymi odchodami. Analiza przytaczana przez brytyjski Guardian wskazuje, że mięso i nabiał dostarcza ludzkiemu organizmowi 18 procent niezbędnych kalorii i 37 procent białka, ale ich produkcja generuje aż 60 procent gazów emitowanych przez działalność rolniczą. Przeznaczenie całego zboża konsumowanego przez zwierzęta bezpośrednio dla ludzi oznaczałoby możliwość dodatkowego wyżywienia trzech i pół miliarda osób rocznie, a ceny zbóż byłyby niższe. A mięso jest produktem luksusowym konsumowanym w nadmiarze. Według ONZ, zdrowotna norma dzienna konsumpcji mięsa to niecałe 100 gram, tymczasem w krajach rozwiniętych konsumenci spożywają przeciętnie dwa, do dwóch i pół razy więcej. Jest to przyczyną wielu chorób. Bardziej zbilansowana dieta uratowałaby życie wielu milionom osób, z których część umiera wskutek odporności bakterii na antybiotyki, a trzeba wiedzieć, że branża hodowlana i mięsna są największym konsumentem antybiotyków (w USA aż 80 proc. całkowitego spożycia).

Globalne firmy mięsne, takie jak brazylijski JBS oraz amerykańskie Cargill i Tyson, w 2016 roku wyemitowały więcej gazów cieplarnianych niż gospodarka Francji – wynika z badań organizacji nonprofit GRAIN i amerykańskiego Instytutu ds. Rolnictwa i Polityki Handlowej. To oznacza, że są większymi trucicielami niż koncerny naftowe BP, ExxonMobil czy Shell. Wielu wytwórców mięsa w ogóle nie jest zobowiązanych do raportowania wielkości emisji, co jest wymogiem ustawowym w odniesieniu do zakładów energetycznych. Największymi emitentami gazów cieplarnianych pochodzących z hodowli i produkcji mięsa (60 procent światowej emisji) w kontekście geograficznym są: Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Chiny, Kanada, Brazylia, Argentyna, Australia i Nowa Zelandia. Jeśli wzrost produkcji mięsa będzie postępować w dotychczasowym tempie, w roku 2050 może być ona odpowiedzialna nawet za 80 procent prognozowanej globalnej emisji gazów cieplarnianych.

Ekspansję apetytów na tradycyjne mięso zahamować może wzrost podaży jego alternatyw lub substytutów, które przybierają różne nazwy – mięso hodowane, in vitro czy nawet syntetyczne. To spełnienie wizji Winstona Churchilla, który w roku 1931 twierdził, że absurdem jest hodowanie całego kurczaka dla konsumpcji jedynie jego piersi czy udka. Początki jej urzeczywistnienia były jednak bardzo kosztowne. Sześć lat temu holenderski startup Mosa wyhodował pierwszego burgera, co kosztowało 330 tys. dolarów. Od tamtego czasu firma pozyskała ponad osiem milionów dolarów od inwestorów, a jej główny technolog i wynalazca dr Mark Post twierdzi, że w ciągu kilku lat cena hamburgera może spaść nawet do 10 dolarów, co zapewniłoby projektowi komercyjny sukces. Wiele startupów znacząco zbliżyło się już do tej granicy. W roku 2016 firma pod nazwą Memphis Meat wyprodukowała burgera w cenie 1000 dolarów i obecnie pracuje nad hodowaniem laboratoryjnych mięs z indyka, kurczaka i wieprzowiny, ale także ryb, mleka i żelatyny. Znacznie lepszy rezultat miał w zeszłym roku sam Mark Post – 37 dolarów, choć ciągle to dziesięciokrotnie więcej niż cena mięsa na amerykańskim rynku hurtowym.

Młode firmy izraelskie wydają się wieść prym w produkcji czystego mięsa, wspierają ich w tym ośrodki naukowe. Aleph Farms ogłosił pod koniec minionego roku wdrożenie laboratoryjnego steku w oparciu o tkanki zwierzęce pozyskiwane bezubojowo. Firma zastosowała 6 technologii, w tym druku 3D, co pozwoliło uzyskać produkt odwzorowujący teksturę prawdziwego mięsa wraz z tkankami łącznymi i mięśniowymi. Jej naukowym mózgiem jest profesor Shulamit Levenberg z Technicznego Instytutu Technion w Hajfie. Największym wyzwaniem było znalezienie właściwych składników odżywczych, które symulowałyby naturalną interakcję tkanek w hodowanym mięsie. Z kolei startup Future Meat Technologies, specjalizujący się w produkcji tłuszczu zwierzęcego, zamierza wkrótce uruchomić sprzedaż swojego mięsa laboratoryjnego, choć ostatnie dane mówią o koszcie 363 dolarów za funt wołowiny. Naukowe wsparcie firmie zapewnia prof. Yaakow Nahmias z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Zapowiedzi osiągnięcia etapu komercyjnego nie muszą być fantazją – świadczy o tym zachowanie poważnych inwestorów. Tyson Ventures, fundusz inwestycyjny należący do mięsnego giganta Tyson Foods, zasilił izraelski startup kwotą 2,2 mln dolarów, a holenderski Mosa otrzymał 7,5 mln euro od największego szwajcarskiego producenta mięsa Bell Food Group.

Proces produkcji syntetycznego mięsa zaczyna się od pozyskania komórek od żywych zwierząt. Teoretycznie jednak komórka może być bazą dla produkcji nieograniczonej ilości mięsa. Do tego potrzebne jest serum zawierające składniki odżywcze w postaci cukrów, aminokwasów i krwi zwierzęcej. Pozyskanie tej ostatniej może być przeszkodą do masowej produkcji nowego typu mięsa, gdyż trudno sobie wyobrazić otrzymanie ogromnej ilości tego składnika bez zabijania zwierząt. Rozwiązaniem jest zastąpienie serum innymi czynnikami odżywczymi, co próbuje robić holenderski startup Mosa. Co więcej, do produkcji czystego mięsa na wielką skalę potrzebne są przemysłowe bioreaktory, czyli specjalne kadzie do hodowli tkanek. Największy do tej pory bioreaktor ma pojemność 25 tys. litrów, co według dr Posta daje możliwość produkcji mięsa dla 10 tysięcy osób. Możliwe więc, że produkcja czystego mięsa może nie odbywać się w wielkich zakładach, jak ma to miejsce do tej pory. Istnieje możliwość przeniesienia jej do wiejskich farm mięsa komórkowego, które otrzymają materiał hodowlany i składniki odżywcze. Alternatywą jest hodowla burgerów i innych wyrobów z czystego mięsa w sklepach i restauracjach, a być może również w prywatnych domach – taki plan ma SuperMeat, firma biotechnologiczna z Telavivu, pracująca nad produkcją gotowego do spożycia mięsa z kurczaka.

Na komercyjną skalę sprzedawane są natomiast łatwiejsze i tańsze w produkcji burgery wegańskie, w których nie wykorzystuje się zwierzęcych komórek. W tym specjalizują się firmy z USA. Beyond Meat dostarcza swoje wyroby do 30 tys. punktów handlowych obejmujących między innymi sieć Walmart, Target, Whole Foods i Kroger. Z kolei założony w Los Angeles Impossible Burger dostarcza produkty do ponad 5 tys. amerykańskich restauracji. Burgery firmy mają mięsny smak i kolor dzięki genetycznie modyfikowanym drożdżom. Ekspansja marki zależy od akceptacji tego wynalazku przez Federalną Agencję Leków (FDA). Na rynku europejskim taka żywność objęta jest restrykcjami.

Ostatecznie o powodzeniu syntetycznego, hodowanego mięsa przesądzą zachowania konsumentów, wśród których wzrasta proekologiczne nastawienie. Wycinkowe badania w Holandii i Wielkiej Brytanii pokazują, że około 60 procent konsumentów gotowych byłoby spróbować wyrobów z mięsa in vitro. Nie oznacza to jednak, że włączyliby je na stałe do swoich jadłospisów. Większego popytu można spodziewać się w Chinach. W 2017 roku zawarły one z Izraelem warte 300 mln dolarów porozumienie dotyczące współpracy w produkcji czystego mięsa w bioreaktorach. Jego odbiorcą może być szybko rosnąca i bogacąca się chińska klasa średnia.

Trudno się spodziewać, aby hodowane mięso zastąpiło to naturalne. Jego konsumpcja stać się może jednak widocznym trendem w niszach ekologicznej i zdrowej żywności na całym światowym rynku. Otwartym pytaniem pozostaje, jak masowa produkcja wpłynie na emisję gazów cieplarnianych. Wszystko zależy od jej metody i pozyskiwania dla niej energii – najbardziej optymistyczne szacunki mówią o pięciokrotnym zmniejszeniu śladu węglowego w stosunku do poziomu przy obecnej produkcji wołowiny, a więc osiągnięciu wskaźników emisji generowanych przy produkcji tofu. Nawet jeśli będą one wyższe, okażą się zbawienne dla klimatu i zdrowia konsumentów.